Tak postawione w tytule pytanie wielu wyda się niestosowne, niektórym bezsensowne. Lecz odpowiedź na tak postawione pytanie stała się podłożem działań wrocławskiego samorządu w roku 1992.*
Czy warto stawiać ponownie to pytanie po 9. latach, kiedy wrocławska burza dawno już przebrzmiała?
W 1992 r. ekonomia wdarła się do wielu dziedzin naszego życia niespodziewanie i brutalnie. Wrocławski pomysł na finansowanie zbyt dużej wg władz ilości filii bibliotecznych był prostym przełożeniem faktu, że w państwach o rozwiniętej gospodarce rynkowej bibliotek było dużo mniej. Formalna likwidacja bibliotek i oddanie lokali wraz z wyposażeniem na preferencyjnych warunkach zatrudnionym w nich bibliotekarzom tak jak np. rzemieślnikom była podyktowana naiwną wiarą, że wolny rynek sprawdza się w każdej dziedzinie, a zdecydowane postawienie sprawy odciąży znacząco budżet miasta. Jednak w roku 1992 czytelnicy i różne autorytety nie byli tak zmęczeni i sfrustrowani jak obecnie i po wielkiej burzy prasowej władze odstąpiły od nowatorskiego pomysłu, zlikwidowano w każdej dzielnicy po kilka wypożyczalni - to była konieczna danina na rzecz nowych czasów.
Pomysł w pierwotnej wersji upadł, ale chęć zmniejszenia wydatków na nieefektowne, istniejące w nadmiarze wypożyczalnie spodobał się nowym samorządowcom w całej Polsce i w różnym stopniu jest realizowany praktycznie do dzisiaj. Dobry klimat dla działalności likwidacyjnej stwarza niedofinansowanie całej sfery budżetowej. Propagowana jako logiczny przejaw wolnego rynku kultura masowa spycha czytelników bibliotek publicznych na obrzeża zainteresowania społecznego.
Bibliotekarze nie dzierżący już jak dawniej wraz z nauczycielami kaganka oświaty, raczej niosący w drżących dłoniach świeczkę szlachetnych przyzwyczajeń oburzają się oczywiście na likwidację pod byle pozorem ( najczęściej mówi się oczywiście o złych warunkach technicznych pomieszczeń zajmowanych przez biblioteki) kolejnych placówek. Dzięki interwencji bibliotekarzy i organizacji zawodowych doprowadzono nawet do nowelizacji ustawy o bibliotekach mającej zahamować znikanie bibliotek publicznych w strukturach innych placówek kulturalnych i edukacyjnych.
Jednak problem stosunkowo dużej ilości wypożyczalni, szczególnie w dużych miastach istnieje i nie można uważać, że nie będą rodziły się nowe pomysły na ich redukcję. Liczenie kosztów prowadzenia jakiejkolwiek działalności będzie miało miejsce już zawsze - zawsze w systemie gospodarki rynkowej.
Ostatnie dziesięciolecie przyniosło nowe zjawiska związane z książką. Olbrzymia ilość tytułów przy jednoczesnym spadku nakładów, pojawianie się książki na rynku polskim uwarunkowane praktycznie tylko koniecznym okresem pracy tłumacza, relatywnie wysoka cena książki, zmiana kanałów dystrybucyjnych, nowe, elektroniczne formy wydawnictw, możliwość docierania do informacji poprzez internet. W mnogości tych czynników i innych jeszcze , tu nie wymienionych, czytelnictwo po kilku wahaniach utrzymuje się na ogół na podobnym jak dawniej poziomie, lecz tu zastrzeżenie - w środowisku wielkomiejskim. Wieś pozbawiona teraz praktycznie punktów bibliotecznych i księgarń znajduje się w sytuacji bardzo niekorzystnej.
Publikowane wyniki badań na temat czytelnictwa informują co prawda o wciąż zmniejszającej się grupie osób czytających więcej niż 7 książek rocznie, zmniejsza się także ilość książek kupowanych, ale z punktu widzenia bibliotekarzy w wielkim mieście ilość czytelników utrzymuje się na dość stabilnym poziomie.
Powoli, ale wyraźnie zmienia się jednak charakter czytelnictwa. Coraz częściej duża grupa czytelników, zawłaszcza młodszych poszukuje w bibliotekach różnego typu informacji. Coraz więcej bibliotek w udostępnianiu informacji korzysta z baz elektronicznych lub internetu. Ilościowo przodują jednak tradycyjne grupy czytelników sięgających po klasyczną beletrystykę czy literaturę wspomnieniową. Poszukiwane są przede wszystkim nowości popularyzowane przez media jednak zainteresowanie tymi pozycjami wygasa dość szybko. Nie zawsze jest to beletrystyka. Czasami poszukuje się nagrodzonego zbioru wierszy, czasami modnej pozycji z pogranicza socjologii i psychologii.
Bibliotekarze dobrze wiedzą, że w każdej bibliotece aktywny księgozbiór to 20 - 30 % całości. Reszta to wcale nie bezwartościowa makulatura ( o ile selekcje prowadzono są odpowiednio często) ale po te książki sięga się bardzo rzadko.
W dużych miastach, takich jak na przykład Wrocław sieć bibliotek jest stosunkowo gęsta, chociaż wielkość poszczególnych placówek wykazuje znaczną rozpiętość. Są biblioteki malutkie, prawie punkty biblioteczne, są w miarę przyzwoite co do wielkości i zasobności księgozbioru, są też całkiem duże i całkowicie skomputeryzowane jak wrocławska Biblioteka Ikara. Biblioteka Ikara (jedna z 67.filii MBP) to 600 metrowa placówka **, pierwsza z kilkunastu projektowanych, dużych bibliotek o pełnym zakresie usług bibliotekarskich. Wkrótce powstanie kolejna biblioteka , potem w miarę możliwości miasta kolejne.
Każdy chciałby mieć swoją wypożyczalnię książek jak najbliżej miejsca zamieszkania. Bibliotekę, sklep, wypożyczalnię kaset, szkołę, kościół, kino, kawiarnię. Większość wymienionych placówek nie będzie jednak dostępna, nawet szkoły oddalają się coraz bardziej od uczniów.
Nie należy więc łudzić się, że niewielkie filie osiedlowe, z małą i wciąż zmniejszającą się liczbą czytelników, nie tylko nie będą mogły zaspokoić wymagań informacyjnych młodzieży i studentów, ale obdzielane niewielką ilością nowości nie zadowolą też czytelników literatury popularnej. Będzie więc istniała naturalna dążność do likwidacji takich małych bibliotek.
Czy nie dałoby się pogodzić wymogów ekonomii, nowoczesnych technik informacyjnych i łatwej dostępności do poszukiwanej książki?
Wg szacunkowych obliczeń ok. 1/3 sieci bibliotek publicznych w dużych miastach to właśnie małe, peryferyjne biblioteki osiedlowe. Im biblioteka bardziej odległa od centrum, tym mniejsza powierzchnia, mniej zasobny księgozbiór i mniejsza liczba korzystających czytelników. Utrzymanie takiej biblioteki to przede wszystkim koszty pracy bibliotekarza , czynszu i mediów. Ze względu na niewielką liczbę nowości pieniądze związane z odświeżaniem księgozbioru są stosunkowo niewielkie.
Pomyślmy o małych bibliotekach osiedlowych inaczej.
Ostatnie wybory do rad i zarządów osiedli przyniosły duże zmiany w składzie tych najniższych przedstawicielstw mieszkańców. Zmieniły się nie tylko przynależności polityczne członków rad, ale znacznie obniżyła się granica wieku i wykształcenia. Miejsce starszych, wielokadencyjnych działaczy osiedlowych zajęli często młodzi, aktywni mieszkańcy, zazwyczaj z wykształceniem wyższym. Czy będą tak samo ofiarni, (chociaż trochę staroświeccy) jak ich poprzednicy - czas pokaże. Z pewnością jest to inne pokolenie, wychowane już w obecności nowych technologii i mediów. Być może właśnie nowi radni, podobnie jak ich koledzy w wyższych strukturach władzy łatwiej podejmą proponowany model biblioteki osiedlowej.
Różne kraje różnie realizują dostępność do książki w rejonach peryferyjnych. Najczęściej przywołuje się przykład bibliobusu, funkcjonujący niekiedy w jakimś zakątku Polski, a tradycyjnie w niektórych krajach Europy. Nie wydaje się, aby był on możliwy do zastosowania na większą skalę w naszych warunkach, szczególnie w wielkich miastach.
Realniejsza i wydaje się nowocześniejsza jest propozycja będąca pewną modyfikacją umierających (a prowadzonych społecznie) punktów bibliotecznych. W porównaniu do istniejących bibliotek osiedlowych jest w perspektywie dużo tańsza.
Proponowana placówka biblioteczna, nazywajmy ją dalej filią biblioteki centralnej, istniałaby w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu, miałaby do dyspozycji kilkaset książek dobranych wedle wspomnianych wyżej kategorii aktualności. Byłyby to właśnie różnego typu nowości i "książki chwili". Wszystkie książki wypożyczano by w systemie rejestracji komputerowej. W tak pomyślanym zbiorze brak byłoby literatury popularnonaukowej, czy księgozbioru podręcznego. Książki popularnonaukowe znajdowałyby się w zbiorze, o ile posiadałyby cechę poszukiwanej i modnej aktualności. Czytelnicy dysponowaliby głównie księgozbiorem o walorach rekreacyjnych, wypożyczając książki dające im się odprężyć, lub pozwalające zapoznać się z modnymi hitami. Ten księgozbiór musiałby być częściowo uzupełniany i wymieniany, podobnie jak działo się to w punktach bibliotecznych.
Drugim ważnym elementem tak pomyślanej filii bibliotecznej byłby komputer wyposażony w modem, lub tam gdzie to jest możliwe (albo w przyszłości) jako część sieci, podłączony z jednostką centralną Zamiast tradycyjnych encyklopedii i słowników filia biblioteczna dysponowałaby kilkoma lub kilkunastoma programami tego typu na CD, używanymi według potrzeby. Poprzez internet czytelnik mógłby dowiadywać się o pozycjach jakie posiada biblioteka szczebla centralnego, możliwe też byłoby przeglądanie katologów dużych bibliotek. Cała informacja odbywałaby się na drodze elektronicznej. Oczywiście w dalszym ciągu istnieje możliwość wypożyczeń bibliotecznych, a raczej możliwość zamówienia książki z innych placówek sieci biblioteki centralnej.
Placówka udostępniałaby czytelnikom zbiory i udzielała informacji 2 -3 razy w tygodniu, po kilka godzin, w porze dogodnej dla czytelników danego rejonu.
Istnienie takiej biblioteki, a przede wszystkim koszt jej funkcjonowania byłyby związane z wolą rady osiedla będącej przecież przedstawicielstwem społeczności lokalnej. Właśnie jednorazowy wydatek na zakup komputera i jego oprogramowania mogłyby leżeć po stronie rady. Na pewno wykwalifikowany bibliotekarz, wymiana księgozbioru i opłaty czynszowe, teraz dosyć skromne, należałyby do biblioteki centralnej. Istnienie placówki i podział kosztów mógłby być formą umowy między dyrekcją biblioteki centralnej, a samorządem lokalnym. Istnieje wiele możliwości podziału kosztów utrzymania. Powstanie, a czasem likwidacja filii byłyby dużo prostsze niż w przypadku tradycyjnej placówki.
Niewielkie osiedle ma przy tak pomyślanym typie bibliotek dostęp do literatury, a do aktualnej informacji często w stopniu większym niż dotychczas. Nie jest cudownym środkiem na krzewienie czytelnictwa dla niewielkiej grupy mieszkańców, głębokie jest jednak przeświadczenie autora, że w wyniku procesów ekonomicznych i zmian w charakterze czytelnictwa biblioteki na małych osiedlach może nie być wcale.
Co tracą czytelnicy ? Na pewno niepowtarzalną atmosferę obcowania z księgozbiorem, nawet w najmniejszej bibliotece, rozmowy z bibliotekarką, udział w różnych formach pracy biblioteki. A co z lekturami? W te trzeba po prostu zaopatrzyć się w bibliotece szkolnej***, albo też w większej filii.
Niewątpliwie zaproponowany model biblioteki jest skierowany głównie do czytelników starszych i potrzebujących szybkiej informacji.
Rasowi bibliotekarze, bibliotekarze z dziada pradziada (a raczej z babki prababki) z pewnością oburzą się na wyjawiony pomysł zmniejszania sieci bibliotek. Obawiam się, że oburzenie to wypływa z faktu, że nie możemy pogodzić się z faktem, iż bezpowrotnie minęły cudowne lata czytelnictwa, kiedy w chędogich bibliotekach stały długie kolejki po książki . Skierujmy raczej wysiłki na tworzenie nowoczesnych, pięknych i dużych bibliotek, a małym środowiskom dajmy szansę na czytanie nie tak już intensywne, ale w najbliższej bliskości miejsca zamieszkania.
Ryszard Turkiewicz jest starszym kustoszem, wicedyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu.
* patrz Książka i Czytelnik, kwartalnik Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu, dodatek do numeru 3 z roku 1992
** Poradnik Bibliotekarza nr 7-8 z roku 1999 s. 28
*** Wraz z reformą szkolnictwa musi zaistnieć sytuacja, w której biblioteki szkół podstawowych, gimnazjów, szkół średnich i wyższych muszą mieć oparcie pracy dydaktycznej w dobrze prowadzonej bibliotece szkolnej.
|