Ponoć nigdy dość powtarzania prawd elementarnych. Patrząc na efekty bibliotekarstwa publicznego w Polsce trudno nie przyznać racji temu twierdzeniu i to po kilkudziesięciu latach tworzenia, przekształcania, doskonalenia, a przede wszystkim istnienia sieci bibliotek. Sieci - bo takie jest główne założenie organizacyjne i sens działania bibliotek wg najważniejszych aktów prawnych, sieci - a więc organizmu scalającego w sobie wiele bibliotek, małych i dużych, współdziałających ze sobą, wspomagających w zakresie jakichś funkcji, bo to przecież podstawowy warunek, by organizm żył. Zapisano to w ustawach, zapisano to w statutach każdej z bibliotek. I oto po latach stajemy w punkcie wyjścia. Coraz głośniejsze słychać wołanie - róbmy coś wspólnie. Kiedy przed paroma miesiącami pytałem na łamach "Bibliotekarza" (5/2001) "Kto pozszywa tę sieć?" sądziłem, po dość nikłym odzewie, z jakim się on spotkał, że sprawa raczej przegrana i ideę sieci, czyli ideę żywej współpracy bibliotek publicznych, między bajki trzeba włożyć. Tym bardziej, że doświadczenia z terenu macierzystego województwa łódzkiego, gdzie w ubiegłym roku udało się ogłosić jako obowiązującą, instrukcję zawierającą szczegółowe zasady organizacji pracy informacyjnej w sieci bibliotek miasta i województwa, która winna się opierać na ścisłej właśnie współpracy bibliotek różnego stopnia organizacyjnego, nie napawają, przynajmniej na razie, optymizmem. A była to już kolejna próba poderwania do tej idei bibliotek, jako że w latach 80. proponowano bibliotekom podobne rozwiązania. Jako bibliotekarz z kilkudziesięcioletnim stażem, dawno już przestałem wierzyć w powodzenie jakichś instytucjonalnych rozwiązań, za którymi stać muszą różni dyrektorzy i kierownicy, a przy których jest konieczna autentyczna współpraca. Dziś, w dobie wolnego rynku i ponad miarę zdemokratyzowanego a jednocześnie zbiurokratyzowanego sposobu zarządzania bibliotekarskim światkiem, ta idea zupełnie zamarła. Liczne negatywne doświadczenia z tzw. życia potwierdzają to, podobnie jak nieliczne, pozytywne wyjątki. Pozostaje zatem tzw. inicjatywa oddolna. Dzięki Bogu, wśród zwykłych bibliotekarzy ciągle jej niemało. To jedyna iskra nadziei na naszym bibliotecznym podwórku.
W niej właśnie znajduje rodowód "Infobibnetu", czyli planu budowy sieci bibliotek współpracujących w ramach ogólnopolskiej sieci bibliotecznej, bo chyba trudno sobie wyobrazić "sieć współpracy". Ale nie w nazwach rzecz. Jako człowiekowi, który nosi w sobie od lat wręcz obsesję współpracy wypada tylko przyklasnąć takiej idei, niezależnie od tego, co myśli o tych wszystkich, którzy za tę współpracę (a raczej jej brak) byli i są, przede wszystkim odpowiedzialni, bowiem dla realizacji statutowych zadań bibliotek zostali na swoje stanowiska przez kogoś powołani.
Trudno jednak zgodzić się z pomysłem, by inicjatywa społeczna przejęła niejako odpowiedzialność za główne zadanie powoływanej do życia sieci, jakim ma być "współpraca bibliotekarzy publicznych w zakresie budowania wspólnych zasobów wiedzy i platformy komunikacji w celu zaspokojenia potrzeb informacyjnych i edukacyjnych Polaków". Sięgnijmy bowiem do "Ustawy o bibliotekach" i przeczytajmy uważnie Rozdz.10 "Ogólnopolska sieć biblioteczna" nie mówiąc o art. 3 i 4 Rozdz. 1! Ale skoro jesteśmy bezsilni w egzekwowaniu prawa zwołajmy pospolite ruszenie. Tylko, co ci ludzie, chętni do budowy "jednej, skoordynowanej, ogólnopolskiej sieci, mimo braku formalnej struktury organizacyjnej" mają zrobić, skoro "muszą oni działać za wiedzą i zgodą swoich dyrektorów". Więc albo oddani sprawie społecznicy "po godzinach" i do tego błogosławieństwo i zgoda dyrektorów nie są im potrzebne, albo praca w ramach zadań i możliwości biblioteki, czyli realizacja statutowych celów. Tylko, że ci ludzie z otwartą głową i chętni coś zmienić już swoje zadania, wcale niemałe, w ramach swoich obowiązków już mają.
Wśród zadań szczegółowych tworzonej sieci, jako pierwszorzędne wymienia Autor "przyspieszenie dostępu do informacji, współtworzenie zasobów informacyjnych dla odbiorców, publiczny dostęp do Internetu, informację europejską...." To wydaje się oczywiste. Tylko jak przyspieszyć dostęp do informacji w bibliotece lub współtworzyć zasoby informacyjne, jak planować wspólne przedsięwzięcia, bez koniecznych np. zmian w organizacji pracy biblioteki. Kto ma to zrobić? Czynnik społeczny? Wystarczy, że ten tłumaczy, że bez tych zmian nie ruszymy z miejsca. Podobnie z publicznym dostępem do Internetu, nie mówiąc o podnoszeniu jakości informacji. Nikt bardziej nie zadba o jakość informacji od szarego pracownika, który na co dzień musi jej udzielać czytelnikowi, bo to na niego spada odium własnej niekompetencji. Ale do podniesienia jakości informacji potrzebne są często różne środki (np. swobodny i sprawny dostęp do Internetu), których szary pracownik informacji sam sobie nie zapewni, bowiem tu są potrzebne rozwiązania na poziomie instytucji. Niestety, te pytania co do możliwości realizacji zadań "sieci współpracy" na poziomie ludzi dobrej woli można mnożyć. Tu są konieczne rozwiązania strukturalne, zmiana w większości polskich bibliotek sposobu zarządzania, innej filozofii widzenia roli biblioteki. Każdy chyba potrafi przytoczyć przykłady na dowód, że najzwyklejsza niechęć dyrektorów dwu bibliotek jest wystarczającym powodem, by te biblioteki nie potrafiły współpracować ze sobą nawet na poziomie wypożyczeń międzybibliotecznych. Wielokrotnie to powtarzam, ale... bez przebudowy mentalności dużej części kadry tej kierowniczej i tej pracującej nie uda nam się żadne wspólne przedsięwzięcie.
Pełna zgoda, że konieczne jest stworzenie "odpowiednio efektywnych środków komunikacji" między bibliotekarzami. To ogromna szansa na ożywienie środowiska, a przynajmniej jego części. I nie załatwią tego żadne konferencje czy seminaria organizowane pod wysokim patronatem. Internet, listy dyskusyjne dają tu niepowtarzalną szansę w budowaniu jakichś wspólnych idei, wymianie poglądów i wzajemnego wsparcia merytorycznego bibliotekarzy, tych przede wszystkim, którym jeszcze "coś się chce chcieć". Być może taki wspólny front wymusi na decydentach realizację tych zadań, o których zapomnieli mając do dyspozycji środki administracyjne i finansowe.
Wśród zadań szczegółowych "sieci współpracy" pojawia się wszak jedno wg mnie niezwykle ważne - "monitorowanie stanu bibliotek", choć chyba nie tylko o zakres umożliwiający "podejmowanie ogólnopolskich inicjatyw" powinno tu chodzić. Kiedy przygotowywałem nowe zasady współpracy w zakresie organizacji działalności informacyjnej bibliotek publicznych w województwie łódzkim poprzedziłem go właśnie badaniem stanu infrastruktury informacyjnej - to było konieczne dla poznania punktu startu. Podobnie chyba należałoby i ten monitoring rozpocząć od poznania stanu bibliotek. Samodzielność i samorządność bibliotek doprowadziła do znacznej atomizacji i prawie zupełnego zerwania więzów, jakie onegdaj biblioteki jednak łączyły. Wydaje się, że największą cenę za to zapłaciła sieć ogólnopolska na poziomie wojewódzkim. Tu mamy 16 zupełnie niezależnych prawie księstw, rządzących się wg własnych praw, gdzie ich stanu ani poziomu usług świadczonych przez nie nikt nie zna, bowiem brak jakiegokolwiek wspólnego mianownika ich osiągnięć i braków. Ministerialne wskaźniki na niewiele się tu przydają. Z wycinkowych obserwacji widać, jak różnie organizowana i prowadzona jest choćby praca informacyjna, a przecież o nią tu, przede wszystkim, obecnie chodzi. A przecież budowę jakiejkolwiek ogólnopolskiej sieci trzeba zaczynać chyba od bibliotek wojewódzkich. O stopniu gotowości do podjęcia wspólnych przedsięwzięć przez biblioteki wojewódzkie świadczy całkowita plajta jeszcze ciepłej inicjatywy budowy centralnej bazy BZCZ-bis na bazie czasopism wycofanych przez BN z BZCZ. I nie ważne, po czyjej stronie były racje w tym przypadku. Dyrektorzy prawie jednogłośnie, jak wieść niesie, odrzucili ten pomysł. A przecież mógłby być to świetny początek współpracy i przykład niezwykle budujący, bo płynący od ludzi za realizację idei współpracy w ramach bibliotecznej sieci, przede wszystkim, odpowiedzialnych. Szkoda, że takim monitoringiem w zakresie organizacji i poziomu prac merytorycznych w bibliotekach wojewódzkich nie zajmuje się Biblioteka Narodowa. Na poziomie bibliotek powiatowych, lepiej lub gorzej, ten monitoring jest na szczęście prowadzony przez służby instrukcyjno-metodyczne bibliotek wojewódzkich. Czy zatem ten monitoring czyli rozpoznanie stanu, zasobów informacyjnych, możliwości technicznych i ludzkich nie powinien być pierwszym etapem, niejako wstępem do budowy sieci? Być może już na wstępie można byłoby bibliotekom słabszym zaproponować dorobek bibliotek bardziej zaawansowanych. To mogłoby być dla nich pewnym kapitałem, ale i zachętą dla własnych prac. Jak bardzo zróżnicowany jest stan bibliotek publicznych w Polsce świadczy obraz zarysowany przez L.Bilińskiego w "Bibliotekach publicznych końca XX w."
Najtrudniejszym problemem w tworzeniu nowej "sieci współpracy", jak się wydaje, okaże się szybko to, że w końcu musi to być nowa struktura organizacyjna, z jakimś ośrodkiem koordynacyjnym ze ściśle określonymi zadaniami i kompetencjami, ośrodkami-członkami sieci, nowymi kierownikami i dyrektorami, bo przecież woluntaryzmem i dobrymi chęciami kilku bibliotek a tym bardziej entuzjazmem jednostek niczego się nie załatwi. Niebawem pojawi się problem pieniędzy. Jak to wszystko ma się mieć do istniejących instytucji-bibliotek, tworzących jednak sieć, choć tak porwaną? Czy można budować infrastrukturę informacyjną i biblioteczną poza bibliotekami?
Rozumiem, że niedostatek wynikający ze złej organizacji i złej pracy bibliotek doskwiera coraz bardziej. To dobrze, że widzi to coraz więcej bibliotekarzy. Jednak rodzi się pytanie, czy rozwiązaniem będą kolejne struktury? To kosztuje. W sytuacji finansowego kryzysu, jaki od lat dotyka biblioteki publiczne lepiej chyba rozejrzeć się baczniej dokoła i próbować uzdrowić struktury istniejące nie stroniąc od środków radykalnych. Czy nie czas poprawić organizację pracy, gdzie trzeba po prostu wymienić ludzi, poważnie potraktować statutowe zadania, przywrócić właściwy sens słowom "sieć" i "współpraca". Pytanie tylko, kto to ma zrobić? Odpowiedź jest tylko jedna - my sami! Jeżeli nie uczynimy tego kroku, uciekając w nowe struktury, czy to społeczne, czy to instytucjonalne, będziemy brnąć w maraźmie i niemocy, bowiem łatwo sobie wyobrazić, jak koordynatorem "sieci współpracy" w województwie zostaje dyrektor biblioteki wojewódzkiej, który nie zauważył, że już przed laty rozpadła mu się sieć bibliotek w jego województwie, za którą on w świetle prawa odpowiada.
Czy zatem, wobec takich wątpliwości, winniśmy szukać nowych rozwiązań, które ożywiłyby a właściwie zmusiły do współpracy, biblioteki publiczne? Niewątpliwie - tak! Bowiem waga "Infobibnetu", projektu, który pojawia się na ogólnopolskim forum, mając za sobą poparcie, jak rozumiem, wielkich (ludzi i organizacji) naszego bibliotekarskiego świata jest nieporównywalna z głosem z prowincji, martwiącym się, kto "pozszywa tę sieć". Jak wspomniałem, najważniejsze jest to, że potrzeba współpracy na dobre zagościła w naszej świadomości. Jest nadzieja, że dotrze także i do świadomości tych, od których wiele zależy. Na pewno założenia szczegółowe projektu trzeba jeszcze bardziej uszczegółowić, przekładając je na język praktycznych zadań, bo z takimi łatwiej się zmierzyć, zaakceptować lub odrzucić. Np. za "współtworzeniem zasobów informacyjnych" kryją się dziesiątki decyzji, co do zakresu tych zasobów, ich zasięgów, metod gromadzenia, selekcji itp., jeżeli celem tego działania mają być zasoby globalne, ogólnopolskie. Wiedzą coś o tym wszyscy, którzy od lat zmagają się z problemem stworzenia w Polsce tzw. systemu bibliografii regionalnych (terytorialnych) będącego komplementarną bazą w stosunku do bibliografii narodowej. Podobnie z "podniesieniem jakości informacji", nie mówiąc o "przyspieszeniu dostępu do informacji" itd.
Warto jednak zmierzyć się z tymi problemami!
Andrzej Gawroński jest starszym kustoszem,
kierownikiem Działu Informacji i Bibliografii
Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej
w Łodzi
|