| |
Jadwiga Kołodziejska Biblioteka Narodowa
Polityka - pieniądze i biblioteki
W 1989 roku bibliotekarze byli pewni, że czas podporządkowania bibliotek ideologicznym
naciskom minął bezpowrotnie, że teraz będzie mądrzej, racjonalniej i bardziej kompetentnie.
Nadzieje te spełniły się częściowo. Zniesienie cenzury, powstanie autentycznego rynku książki,
swoboda w zakupach nowości wydawniczych, otwarcie okien (a nie jak dotychczas lufcika) na
bibliotekarstwo światowe i wiele innych zmian, należy ocenić pozytywnie. Jednak już w pierwszych
latach dziewięćdziesiątych pojawiły się sygnały, które powinny zabrzmieć niczym dzwonki alarmowe.
Prawdopodobnie umknęły jednak uwadze bibliotekarzy, na zasadzie: wyrwaliśmy się z kręgu
ideologicznego i teraz "róbmy swoje". Nikomu nie przyszło wówczas do głowy, że od polityki nie
da się uciec i że wpadamy w objęcia ideologii, tyle że diametralnie przeciwstawnej do tej,
którą znaliśmy.
Mało kto zwrócił uwagę na hasło "Najpierw gospodarka", zdobiące plakat wyborczy Hanny
Suchockiej w 1993 roku. Tonął wśród innych propagandowych plakatów, ale jego myśl przewodnia
zadecydowała o dzisiejszych problemach bibliotekarstwa. Nikt racjonalnie myślący nie mógł
kwestionować ważności gospodarki i konieczności jej przebudowy, odejścia od księżycowej
ekonomii, planowania produkcji i dystrybucji, w których kupno rolki papieru toaletowego
przypominało polowanie na meteoryty. To "najpierw" znaczyło już wówczas, że wszelka oświata,
nauka i kultura - w tym również biblioteki - mają siedzieć cicho i czekać, aż wzrośnie produkt
krajowy brutto liczony na głowę, spadnie inflacja, zwiększy się konkurencyjność rodzimej
produkcji na rynkach światowych, umocni złotówka itp.
Hasło to miało się nijak do struktury wykształcenia i kwalifikacji zawodowych,
odziedziczonych po socjalizmie, w której 60% ogółu obywateli miało ukończoną (albo i nie)
szkołę podstawową oraz zasadniczą szkołę zawodową, a tylko niecałe 7% miało wyższe
wykształcenie. Przy takich podstawach oświatowych nawet laik w dziedzinie gospodarki mógł mieć
wątpliwości, co do jej możliwości rozwojowych.
Z latami przyszło otrzeźwienie i zaczęto deklarować poparcie dla społecznych aspiracji
edukacyjnych, traktując je jako ważne inwestycje w kapitał ludzki (samo określenie jest
paskudne), ale już było za późno, bowiem niedokształcone rzesze zwalnianych pracowników
najemnych stanęły w długich, i z każdym rokiem dłuższych, kolejkach do urzędów zatrudnienia
i po zasiłki dla bezrobotnych. W tej sytuacji wątpliwy wydaje się postulat Leszka Balcerowicza
(Mowa ojczysta. Wprost 2001, nr 9), żeby przedstawić jasną strategię wyrównywania szans,
aby ludzie o podobnych cechach osobowościowych mieli podobne szanse na realizowanie swoich
życiowych planów. Główną płaszczyzną takiego działania jest reformowanie oświaty i usuwanie
przeszkód w dostępie do edukacji. Tylko przyklasnąć.
Równe szanse, to jednak nie tylko nauka w szkole, ale również dostęp do książek, słowników,
encyklopedii, map, które powinny być w bibliotece, możliwość spotkania z pisarzem, obejrzenia
wystawy, wysłuchania koncertu, udziału w dyskusji, zobaczenia przedstawienia w teatrze i dobrego
filmu. Jak się mają te możliwości do systematycznego zamykania bibliotek publicznych na wsi,
braku pieniędzy na zakupy nowości wydawniczych, zwalniania z pracy co aktywniejszych
bibliotekarek? Leszek Balcerowicz przeciwstawia się wspieraniu ze środków publicznych
inicjatyw, ważnych z punktu widzenia niektórych grup społecznych. Bądźmy konsekwentni,
nie czytajmy czasopism i książek, nie wspierajmy bibliotek, ani czytelnictwa, tylko nie dziwmy
się, że połowa bezrobotnych nie może podjąć żadnej pracy, poza kopaniem rowów, bo nic nie umie.
Trudno posądzić nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych Georga W. Busha, że nie docenia
gospodarki albo, że jest zwolennikiem omnipotencji państwa, ale jego główne hasło nazajutrz po
objęciu prezydentury brzmi Szkoły, głupcze (Polityka 2001 nr 8). Po prostu dlatego, że zarówno
prezydent, jak i jego kompetentni doradcy wiedzą, że w tym najbogatszym kraju świata 70%
czwartoklasistów ma problemy z czytaniem. Oni wiedzą, że z dystansów oświatowych biorą się:
bieda, bezdomność, narkotyki, agresja i wszelakie przestępstwa. I są zdecydowani na działania,
które skalę tych społecznych patologii powinny umniejszyć.
Dla naszych domorosłych liberałów fakt, że głowa światowego supermocarstwa troszczy się, by
wszystkie dzieci w ciągu pierwszych trzech lat nauczyły się sprawnie czytać i pisać wydaje się
niepojęte. Słyszymy przy różnych działaniach, że państwa ma być coraz mniej, a pracowników w
sektorze usług publicznych (a więc i bibliotekarzy też) powinno ubywać. Nie da się jednak
ograniczyć roli państwa jedynie do dbałości o wojsko, granice i podatki. Ta era skończyła się
już w czasach Bismarka. Liberalizm (ten oświeceniowy), socjalizm, socjaldemokracja, związki
zawodowe, stowarzyszenia wszelakie wymusiły na państwie poszerzanie jego odpowiedzialności za
oświatę, ochronę zdrowia, ubezpieczenia społeczne, za ludzi chorych, kalekich i takich, co nie
radzą sobie w życiu, bo są słabsi w porównaniu z innymi. Trzeba wreszcie uznać, że nie da się
żyć w kraju, w którym państwo zrezygnowało z pełnienia swoich powinności, a wolna gra rynkowa
wypchnęła na społeczne obrzeża setki tysięcy ludzi, wyznaczając im status wykluczonych.
Zaprzecza to bowiem autentycznej demokracji, w której każdy człowiek powinien mieć warunki do
uczestniczenia w działalności społecznej, kulturalnej i politycznej. Ludzie muszą wiedzieć,
dlaczego tracą pracę i czy fakt ten jest nieuchronny. Muszą też wiedzieć, dlaczego zamyka się
bibliotekę, którą mieli w pobliżu i mogli korzystać z jej usług. Mało kto wierzy tym, którzy
obiecują gruszki na wierzbie, ale większość chciałaby wiedzieć, dlaczego ma zaciskać pasa, w
imię czego i jak długo.
Biblioteka może ułatwić rozumienie tego, co się wokół dzieje. Nie tylko dzięki udostępnianym
lekturom, ale również podejmowanym inicjatywom w postaci spotkań z twórcami, politykami,
specjalistami gospodarczymi, samorządowcami, organizowanym wystawom, wycieczkom do teatrów,
na koncerty itp. To właśnie w takiej formie realizują się jej podstawowe funkcje informacyjne
i kulturalne.
Biblioteki polskie były przez niemal półwiecze zarządzane według zasad ekstensywnej
gospodarki planowej. W praktyce oznaczało to, że im więcej nabytków w zbiorach i więcej
czynności związanych z ich opracowywaniem, tym więcej etatów, a co za tym idzie większe nakłady
finansowe. Takie widzenie rozwoju bibliotek utrzymuje się w dalszym ciągu. Sprzyja mu
rzeczywiście dramatyczna sytuacja w budżetach małych i dużych bibliotek, wyzwalająca postawy
roszczeniowe.
Coś się jednak zaczyna zmieniać w myśleniu o teraźniejszości i przyszłości bibliotek. Z
ogromnym opóźnieniem, przynajmniej dwudziestoletnim w stosunku do bibliotekarstwa krajów
zachodnich, pojawiają się prace, które torują drogę intensywnemu traktowaniu organizacji i
biblioteki. Praca habilitacyjna dr Ewy Głowackiej: Studium zastosowania kompleksowego
zarządzania (TQM) w bibliotekoznawstwie i informacji naukowej (Toruń 2000) wpisuje się w ten
nurt i miejmy nadzieję, że będzie inspirowała podejmowanie badań w zakresie efektywności pracy
biblioteki, zarówno przez same biblioteki, jak i akademickie ośrodki kształcenia bibliotekarzy.
To jest propozycja, która może pomóc w przełamaniu i odejściu od badań księgoznawczych czy
bibliologicznych, jak kto woli, z którymi to angielskie i amerykańskie ośrodki kształcenia
bibliotekarzy rozstały się już w latach sześćdziesiątych. Wszystko to jest ponad wszelką miarę
spóźnione, ale wsparcie ze strony grupki bibliotekarzy skupiających się wokół EBIB może okazać
się skuteczne. W środowisku bibliotekarskim dominują dwie postawy wobec rzeczywistości
politycznej i gospodarczej. Pierwsza, najliczniejsza, wiąże się z poczuciem zagrożenia dla bytu
materialnego biblioteki i perspektywy własnej kariery zawodowej. Zachowania, które wyzwala nie
różnią się od tych, które obserwuje się w przeciętnym państwowym przedsiębiorstwie. Można je
podzielić na kilka faz. W pierwszej pozornie się nic nie dzieje. Biblioteka okopana w swojej
tradycyjnej strukturze, zasłaniając się statutem niczym obrazem świętym wystawionym w oknie
wiejskiej chałupy w czasie burzy, po prostu stara się przetrwać. I to się czasami udaje.
Faza druga ujawnia, że środki na utrzymanie biblioteki są systematycznie ograniczane. Brakuje
pieniędzy na podwyżki, rewaloryzacje, premie i co gorsza, na tak zwaną działalność. Trudno się
dziwić, że bibliotekarze zaczynają słać protesty do organów założycielskich, do Sejmu, Senatu,
ministerstw i wszystkich świętych jeżeli, np. w szczecińskiej Miejskiej Bibliotece Publicznej
płace stanowią 96% budżetu (Kurier Szczeciński 2001, 15 luty). Przeważnie nie otrzymują
odpowiedzi, a jeżeli już, to w duchu "niech Pan Bóg opatrzy", bo my nie mamy środków żeby wam
pomóc. Faza trzecia to zwolnienia, bez żadnego przemyślanego planu i zamykanie placówek lub
łączenie ich z innymi instytucjami, co na jedno wychodzi. Warto zastanowić się więc, czy ta
kolejność jest nieuchronna, czy nie można szukać innych sposobów ratowania bibliotekarskiego
dorobku, zwłaszcza, że ograniczenia środków finansowych na utrzymanie bibliotek nie są
wyłącznie polską specyfiką - tak się dzieje również w krajach znacznie od nas bogatszych.
W każdej dziedzinie nauki i w każdym zawodzie zmiany biorą swój początek w niezgodzie na
rutynę, stereotypy, brak pomysłów, powielanie tematów, z których niewiele wynika. Nie inaczej
jest w bibliotekarstwie. Niewielka, ale twórczo myśląca grupka bibliotekarzy, do których wypada
zaliczyć Ewę Głowacką, Aleksandra Radwańskiego, Annę Sitarską, Henryka Hollendra, Andrzeja
Tywsa, Małgorzatę Piekarską, Jerzego Maja, Annę Skubisz, Annę Filipowicz, Wojciecha
Szymanowskiego i innych może poprzez dyskusję, spory, artykuły i kuluarowe rozmowy sprzyjać
intelektualnemu rozwojowi środowiska bibliotekarskiego. Bibliotekarstwo polskie nie może dłużej
pozostać bezbronne wobec nowych sytuacji politycznych, ekonomicznych i kulturalnych. Musi
uzbroić się zarówno w myśl teoretyczną, jak i poszerzyć doświadczenia praktyczne w formie prac
badawczych, programowych, eksperymentów itp. Słanie protestów, apeli, i innych tego typu suplik
pozostawmy tym, którzy wierzą lub udają, że wierzą w ich skuteczność.
Warszawa, marzec 2001
|
|